| Opowiadania: Aracnan "Rapsodia Piekieł - Pieśń Początku" [+18] | |||
|
|||
| Oznaczenie PEGI – 18+. Przemoc, narkotyki, erotyka, wulgarny język, rasizm. Koniec świata nastąpił, zgodnie z przewidywaniami, 12 grudnia 2012 roku. Chociaż trafniejszym byłoby stwierdzenie – koniec znanego nam świata. Wprawdzie nastąpiło przebiegunowanie Ziemi, jednak bez żadnych fajerwerków – ot, po prostu na miejscu bieguna północnego jest teraz magnetyczny południowy. Nie uderzyła w ziemię żadna kometa – w każdym razie żadna znacząca. Nie było potopu – poziom wód w oceanach podwyższył się o tyle, co w 2011. Nie nastąpiła trzecia wojna światowa – było za to kilka pomniejszych, tak jak przez całe ostatnie dziesięciolecie. Słowem, do końca świata – naszego świata – nie przyczyniło się nic, co ludzie przewidywali. Nastąpiło Rozdarcie. W ciągu pół roku dokonała się niemal całkowita zagłada wszystkiego, co znamy. Z Afryki została martwa skorupa. Ameryka Południowa z płuc ziemi zmieniła się w obrzydliwą abominację, gdzie zamiast drzew rosną gargantuiczne nowotwory Spaczonej tkanki. Środkowa, gdzie miało miejsce epicentrum Rozdarcia, stała się krainą piekieł. Lody Grenlandii i biegunów stopniały, powodując podwyższenie się wód oceanicznych o kilkadziesiąt metrów. Z wielkich metropolii zostały ruiny, z mniejszych miast – proch i popioły. Z ośmiu milionów ludzi zostało około pół miliona, w większości skupiona w ukrytych osadach, lub miastach warownych. Część z nich mieszka w latających Cytadelach, jedynych w miarę bezpiecznych miejscach, gdzie można schronić się przed hordami Spaczonych. Nasza opowieść zaczyna się dziesięć lat później... *** Wrzask budzika błyskawicznie zerwał mnie na nogi. Szósta. Spałem dwie godziny. Nieprzytomnie macałem ręką po stoliku, pragnąc wyrzucić go za okno, zanim oprzytomniałem na tyle, by przypomnieć sobie, jak wczoraj sprytnie położyłem go na szafę. Przeklinając własną zapobiegliwość, zwlekłem się z wyrka i uciszyłem seryjnego mordercę snów. Łazienka i zimny prysznic. Stałem pod natryskiem do momentu, gdy zimne strugi przestały mi przeszkadzać, a szum wody zaczął usypiać, oferując jakże wielką przyjemność zatonięcia w otchłani snów. Wtedy wyszedłem z kabiny, by się wytrzeć i ubrać. Szybki rzut oka w stronę lustra – w porządku. Następnie poczłapałem do kuchni, gdzie czekała na mnie pyszna zimna kawa, razem z dwoma batonikami odżywczymi – dzisiejszy i z wczoraj. I wprawdzie batoniki nie były czymś niezwykłym, to zawartość kubka zasługuje na większą uwagę. Kawa gotowana razem z imbirem, goździkami i kardamonem w proporcjach część kawy na trzy części wody, a następnie, na zimno, słodzona miodem i/lub syropem klonowym. Można ją jeść łyżeczką. Większość ludzi dostałoby od niej drgawek i migotania komór, ale nic słabszego mnie nie obudzi. Taaa, jestem uzależniony od kofeiny. Wypiłem ten cudowny eliksir duszkiem, po czym niechętnym wzrokiem spojrzałem na „śniadanie”. Nie zwykłem wybrzydzać, w dodatku dzisiaj lepiej jest zjeść cokolwiek, ale... cóż, nikt, kto ich nie jadł, nie jest w stanie zrozumieć mojego dylematu – być głodnym czy zjeść kostkę brukową o smaku tektury. W końcu zacząłem żuć. Nazywają mnie Kai, jestem anthro-smokiem. Jako okultysta w służbie Cytadeli Telgar od trzech miesięcy. Trzeba przyznać, awansowałem społecznie: poprzednio byłem zwierzołaczą przybłędą, wędrującą od wioski do wioski, w zamian za strawę i dach na głową leczącą choroby i wykonującą prace dorywcze. A i tak nie traktowali mnie przyjaźnie. Anthro nie są lubiani. Na szczęście w Cytadelach nie przejmują się takimi rzeczami. Musisz tylko być przydatny. Przełknąłem resztki śniadania, popijając je resztkami kawy. Wrzuciłem na jedno ramię torbę, na drugie kurtkę i wyszedłem. O tej porze w korytarzach dopiero zaczynał się tłok, ale i tak mogłem być pewny, że windy będą pełne. Zbiegłem schodami. Piętnaście minut później byłem w strefie wojskowej. Powinienem teraz się zameldować, następnie odebrać broń i sprzęt w zbrojowni i pójść na odprawę... ale nie jestem zbyt zdyscyplinowany. Najpierw odwiedzę Setha. Jakiś inżynier wskazał mi, gdzie jest. Zastałem go za biurkiem, stukającego w klawisze. Jako że nie należy przeszkadzać tech-magom w pary, po prostu czekałem, aż mnie zauważy. Seth jest anthro-wężem. Przypomina Nagi z hinduskich legend... albo Yuan-ti, kiedy zapytać kogoś, kto pamięta jeszcze DnD. Gadzia głowa, ludzki korpus, ogon węża. Zielone łuski. Znamy się dopiero od niedawna, ale zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić. Zresztą, anthro trzymają się razem. Jak każdy anthro, Seth wykazuje o wiele większe zdolności magiczne, niż „zwykły” okultysta. Jeśli dodać do tego przeszkolenie alchemiczne, bystry umysł i tytuł inżyniera, wyjdzie jeden z najlepszych tech-magów, jakich ma Telgar. Wreszcie z uśmiechem triumfu odwrócił się. -Kai! Kopę lat! -Hej. Nad czym pracujesz – Ruchem głowy wskazałem na monitor. -Aaaa... nic ciekawego. Dowiesz się, jak skończę. - Cały Seth. Jest strasznym plotkarzem, ale jeśli chodzi o jego prace, to nie można było z niego nic wyciągnąć. Pogadaliśmy parę minut, ale musiałem się spieszyć. Pożegnałem się, i poszedłem się zameldować. W zbrojowni odebrałem spluwę i amunicję – sztylet mam własny, pancerz mi nie przysługuje. Następnie skierowałem się do miejsca zbiórki. Byłem pierwszy – nie licząc dowódcy, sierżanta Smitha. Spojrzał na mnie, jakbym co najmniej obrósł różowym pierzem na jego oczach. Cóż, to, że aktualny rekord reprymend za niezdyscyplinowanie należy do mnie, nie znaczy, że muszę zawsze się spóźniać. Zasalutowałem mu, a on wskazał mi krzesła. Usiadłem. Minutę później zaczęli się schodzić. Dwunastu chłopa, pięć kobiet, dowódca, tech-mag i okultysta – ja. To cały oddział. Znali się od pół roku, ja ich – od kiedy tu jestem. Dołączyli mnie do nich niejako na doczepkę, nie przyjaźnimy się, ale współpracujemy. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal patrzyli na mnie, jakbym chciał ich zjeść. W końcu jestem okultystą, i do tego anthro. Ale byłem im potrzebny. Samotna wędrówka po Pustkowiach czegoś mnie nauczyła, i to właśnie przez to zostałem zwerbowany na Telgar. W zabijaniu Spaczonych byłem naprawdę dobry. Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem skrytobójcą, wiedźminem ani czymś takim(chociaż, parę zleceń miałem... no co? Jakoś trzeba zarobić). Tylko, że jak wystawisz czubek nosa poza mury, to możesz być pewny, że coś cię zeżre. Chyba, że umiesz się bronić. Magią, spluwą, nożem... czymkolwiek. I zależy na co. Nie strzela się do Daemitów, na Upiorce nie działa niemagiczna broń i tak dalej. Skoro przeżyłem tak dziesięć lat, to muszę być dobry. Inaczej byłbym martwy. Moje „wspominki” przerwał sierżant, zaczynając odprawę. -Jak wam wiadomo, dzisiaj wychodzimy poza teren Cytadeli. Mamy zabezpieczyć teren, gdzie tech-magowie wykryli Źródło. -A sami nie dadzą sobie rady? -Nie Jenkins, nie dadzą sobie rady. A dlatego, że w pobliżu jest od cholery Spaczonych. A zanim włączą bariery i działka, mamy ich kryć! Jeszcze jakieś kretyńskie pytania, Jenkins? -Nie, sierżancie. -No i dobrze. A tak przy okazji, będziemy mieli towarzystwo. - Wskazał na wchodzącego do sali mężczyznę. Przybysz ubrany był w pancerz siatkowy, na plecach niósł Harkonnena, zaś lewą część twarzy i lewą rękę okrywały skomplikowane tatuaże. Czarna Straż. Patrzył na każdego z nas parę chwil. Czegoś szukał, czy patrzył, z kim będzie miał do czynienia? W końcu kiwnął głową w stronę sierżanta, a ten zarządził wymarsz. *** Prom trząsł, jednak Strażnik prawie się nie ruszał, idealnie balansując ciałem. Ciągle nas obserwował, ale jak dotąd niczego nie komentował. -Sierżancie, za dziesięć minut jesteśmy w punkcie zero. -Doskonale. Chce pan coś powiedzieć? -Tak. - To pierwsze słowo, jakie usłyszeliśmy od Strażnika. Mówił cicho, ale wyraźnie, spokojnym tonem. - Nie będę wam pomagał. Mam tylko obserwować. Najlepsi być może dostaną możliwość dołączenia do Szarej Straży. -Kurwa! To dopiero! Kto się dostanie? -Zamknąć się, Jenkins! - warknął Smith. -Nie wiem. Mam potwierdzić wasze zdolności bojowe. Wtedy będę miał pewność. Nagle promem mocno zakołysało. -Kurwa, co jest? - Tech-mag zaczął walić w klawiaturę. Potem zaczął kląć. Po polsku. - Sierżancie, mamy przejebane. Zbliża się spaczburza. Siła... 3, może 4. Zapadła cisza. Pierwszy oczywiście odezwał się Jenkins. -I co teraz? -Kontynuujemy – szepnął Strażnik. |
|
Ocena artykułu: 9.00 (1 głosy(ów)) Oceń ten artykuł |
| Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów |
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
Polinnes
|
Wysłano: 2.04.2010 15:31 | ||
|---|---|---|---|
|
Husky
Anthro
Skąd: Białystok
|
| ||
Aracnan
|
Wysłano: 2.04.2010 15:51 | ||
|---|---|---|---|
|
Smok
Anthro
|
| ||
Rave
|
Wysłano: 2.04.2010 20:23 | ||
|---|---|---|---|
|
Smok Gwiezdny
Anthro
Skąd: Warszawa
|
| ||
Cereal Killer
|
Wysłano: 2.04.2010 22:13 | ||
|---|---|---|---|
|
Mały Głód
Anthro
|
| ||
Aracnan
|
Wysłano: 3.04.2010 8:29 | ||
|---|---|---|---|
|
Smok
Anthro
|
| ||
Reriel
|
Wysłano: 18.04.2010 22:58 | ||
|---|---|---|---|
|
Hieno-smok/Szakalo-smok
Anthro
Skąd: Łódź
|
| ||
Atinka8
|
Wysłano: 12.05.2010 18:34 | ||
|---|---|---|---|
|
Homo aves
Anthro
Skąd: Częstochowa
|
| ||
Valsharaltessem
|
Wysłano: 2.08.2010 11:18 | ||
|---|---|---|---|
|
Srebrnołuski Smok Europejski
Smok
Skąd: Czarne Hałdy Węgla na Śląsku
|
| ||


Polinnes
